Magdalena Kozak „Fiolet”
Inwazja. Na całym świecie zaczynają wyrastać ogromnych rozmiarów fiołki. Fiołki, które rozsiewają wokół siebie zapach trującego cyjanowodoru. Zarodki zasiewane są nocą, a w dzień wyrastają. Nawet najlepsi nie są w stanie przewidzieć, czy w ich okolicy następnego dnia nie wyrośnie zabójcza roślina.
Kiedy naukowcom udaje się wynaleźć sposób na pozbycie się szkodliwego kwiatka, do boju ruszają specjalne jednostki spadochroniarskie z całego świata. Każdy kraj ma swoją, najlepszą i najskuteczniejszą w dotychczasowych bojowych zadaniach, jednostkę ludzi latających. Oddziałem Spadochronowej Awioprotekcji jest oddział OS, którym dowodzi Drakki. Gdy jeden z ekipy skoczków ginie, przy walce z fiołkiem, rodzi się problem… Kogo przyjąć do drużyny. Jednynym i w miarę rozsądnym wyborem jest Milka, która ma na swoim koncie niewiele ponad dwieście skoków. A to niestety mało. Jednak sytuacja jest patowa i chłopcy nie mają wyboru. Kobieta w zespole, albo zwycięstwo albo porażka. Od momentu pojawienia się Milki w Osach jest różnie, a rada: Bierz dziewczyno co ci dają, jutra może nie być, jest bardzo… życiowe i przydatne.
Po pierwsze i najważniejsze, książka jest dla mnie niebywałym zaskoczeniem. Miałam okazję zapoznać się z jedną częścią trylogii Kozakowej o wampirach i pomimo mojego uwielbienia, do Dzieci Nocy, to fabuła zupełnie nie przypadła mi do gustu i jej styl. W związku z czym miałam pewne obawy, że „Fiolet” okaże się (jak dla mnie) porażką… Na szczęście tak nie było. Przebrnęłam przez długi prolog i trafiłam w wspaniały świat spadochroniarzy. Męskiej solidarności, żołnierskiego poczucia spełnienia obowiązku i… genialnego, czasami wrednego humoru.
No właśnie, dużym plusem historii są jej bohaterowie. Każda postać jest inna, wyrazista, nietuzinkowa.
Po drugie: książka jest o spadochroniarstwie i spadochroniarzach, czyli o kolejnej pasji autorki. Owa pasja jest widoczna na każdej stronie. Widać, że wiele Magda Kozak zaczerpnęła z własnych doświadczeń. Czuć to na każdym kroku, a najbardziej w sposobie opisywania przeżyć związanych z każdym skokiem. Fachowa i szczegółowa terminologia nadaje jeszcze większego realizmu i pewności, że autorka nie jest tylko jedno sezonową miłośniczką skoków; i dla miłośników skoków spadochronowych to również pewnie niezwykła frajda, czytać i wiedzieć co przeżywają w danym momencie bohaterowie. Jednak dla nas maluczkich, ta terminologia jest nieco przerażająca i moim skromnym zdaniem nie potrzebna.
Po trzecie: mamy subtelną nutkę romansów, czyli i kobieta znajdzie wątek dla siebie. Zupełnie niepozorna Milka, podkochująca się skrycie i długo w swoim guru Drakkim, to całkiem niezłe ziółko. Tylko chyba ona sama o tym nie jest do końca przekonana.
POLECAM z czystym sumieniem i wcale się nie zdziwię, kiedy na ostatniej stronie przeczytacie wyraz KONIEC i poczujecie lekki niedosyt. Mam nadzieję, że Magda pracuje już nad drugim tomem, albo przynajmniej o nim myśli.
Agencji Wydawniczej RUNA dziękuję za egzemplarz do zrecenzowania