Czyli niespełniona wykładowczyni historii starożytnej Grecji w roli przewodnika.
Georgina (Nia Vardalos) jest pilotem anglojęzycznych wycieczek, które chcę zwiedzić Grecję śladami antycznych zabytków. Tym razem dostaje dość specyficzną grupę turystów: dwie młode rozwódki szukające facetów, wiecznie robiącego interesy biznesmena, starą ex złodziejkę oraz rodzinę, której damska część cierpi na chroniczny brak niezadowolenia. Poza tym jest jeszcze kilka innych indywiduów i żeby tego było mało kierowca autokaru – Poupi (Alexis Georgoulis) nie mówi po angielsku i ma zadatki na… wilkołaka.

Georgia
Gdy ruszają w trasę wszystko zaczyna się komplikować i walić: klimatyzacja nie działa, turyści w cale nie są zainteresowani historią antycznej Grecji i w dodatku jej kolega po fachu oprowadzający inna wycieczkę wydaje się być bardziej rozrywkowym przewodnikiem niż ona.

Kierowca wilkołak (hehehe) - Poupi
Miła, sympatyczna komedia romantyczna. W sam raz na upalne popołudnia, które od czasu do czasu serwuje nam tegoroczne lato. Piękna grecka sceneria i upały sprawią, że poczujemy się jak w Grecji (prawie jak 3d). Trochę brakowało mi w tle greckiej muzyki, gdyby soundtrack dać z „Mojego wielkiego greckiego wesela” było by idealnie. No cóż nie można mieć wszystkiego. Ponad to fabuła jest serią sympatycznych gagów sytuacyjnych i fajnym pamfletem na zagranicznych turystów. Swoją drogą zastanawiałam się jak przedstawieni zostali by Polacy…

uczestnicy wycieczki
„Moja wielka grecka wycieczka” i „Moje wielkie greckie wesele” to filmy o różnych fabułach, ale przedstawiające takie same ludzkie mentalności. Z tą różnicą, że w pierwszym to obcokrajowcy muszą odnaleźć się na dzikiej i antycznej greckiej ziemi, a w tym drugim to Grecy tworzą swoją małą grecką społeczność na obczyźnie. W oby dwóch sytuacjach wynika z tego kupa śmiechu i szczerze pokazanych problemów międzykulturowych.
Podsumowując film: taki trochę grecki bollywood, tylko bez piosenek i połowę krótszy.

Dzieciaczki






