Nie jest mnie łatwo wciągnąć w serial, jeżeli nie jest on o tematyce wampirycznej czy szeroko pojętej fantasy. Nie wierzycie? Gossip Girl zaczęłam oglądać z wielkim zachwytem, ale po dziesięciu odcinkach spasowałam (prawdopodobnie do niego wrócę), Grey’s Anathomy ( no cóż, ileż można patrzeć na problemy sercowe lekarzy, które zamknięte są w obrębie kółka wzajemnej adoracji?), Ugly Betty (no dobra, byłabym w stanie to oglądać na bieżąco, ale akurat jakieś pół roku [rok?] temu zepsuło mi się dvd w starym komputerze, więc wszystkie seriale/filmy poszły w odstawkę, no i Betty też i jakoś nie chce mi się do tego wrócić). Wymieniać jeszcze? Myślę, że wystarczy.
Z Glee jest zupełnie inaczej. Opierałam się strasznie, aby nie wciągnąć się w kolejny serial, jednak weekendy w debreczyńskim akademiku są nudne, więc jakoś czas trzeba było sobie zapełnić. No i zdobyłam sobie pilot i… wciągnęłam się bezgranicznie w tą gleekową gumę

Glee Club, czyli szkolny chór, który ma szansę zaistnieć dzięki zapalonemu nauczycielowi hiszpańskiego kochającego śpiewać – Willa Schuestera. Początki jak zawsze bywają trudne i jak zawsze znajdą się tacy, do których idea Glee nie będzie docierała w żaden sposób, jak w przypadku nauczycielki w-fu Sue Sylvester. Na szczęście dzięki determinacji uczniów i nauczyciela szkolny klub zaczyna żyć własnym życiem.
Kocham ten serial od pierwszych sekund… W końcu amerykańscy reżyserzy wpadli na pomysł, żeby zrobić serial na bazie musicalu. Kocham piosenki, które współcześnie każdy zna z radiowych list przebojów, przerobione na musicalowy styl serialu. Kocham podejście do stereotypowego tematu i rozbieranie go na najmniejsze cząstki, aby na koniec zdeptać i zniszczyć. Kocham postacie, przerysowane, ale jakże ujmujące w swoim gleekowym „byciu”. Kocham dodatkowy soundtrack, którego nie jest dużo, bo i po co w musicalu serialowym, ale jeżeli już jest, to nie ma piosenki, której bym nie wielbiła.
Ale po co tyle gadać, zobaczcie sami:
I moja ukochana:



